24 sierpnia 2023

Mariola Bogucka: Jeśli ktoś wierzy, że młode pokolenie jest gorsze, to znaczy, że utracił kontakt z rzeczywistością

Rozmowa z dr Mariolą Bogucką, anglistką, doktorem nauk społecznych, nauczycielką akademicką z Uniwersytetu Gdańskiego. Dr Bogucka jest także członkinią Rady Naukowej Holistic Think Tank.

Author: Maria Mazurek,

Interviews

Photo: Federico Giampieri/Unsplash

Jako nauczyciel akademicki co roku spotykasz kolejne roczniki absolwentów szkół średnich. Jacy oni są?

Każdy rocznik jest fascynujący. Od każdego wiele się uczę. Nikt nigdy ode mnie nie usłyszy, że młodzi ludzie są gorsi.

A słyszy się to często.

Jeśli ktoś mówi „młodzież jest gorsza, wybrakowana, głupsza niż my byliśmy” – to znaczy, że chyba traci kontakt z rzeczywistością. Młodzi ludzie na pewno nie są gorsi, niż my byliśmy. Są po prostu inni. Jeśli przestaniemy choćby próbować ich zrozumieć, to jesteśmy na przegranej pozycji. Jako rodzice, ludzie, nauczyciele. Kluczowy jest tutaj międzypokoleniowy dialog.

Właśnie: nauczyciele. Mam problem z tym słowem. Bo to, co kocham w tym zawodzie i za co jestem wdzięczna, to nie tyle możliwość nauczania, ile uczenia się od młodych. To bardzo wzbogacające.

Czego uczy cię nauczanie?

Dystansu do siebie. Czasem nauczyciel, by pracować ze studentami w sposób budujący, ciekawy i innowacyjny, powinien znaleźć w sobie dużo luzu i zaryzykować. Wyjść z utartych schematów. To uczy pogody ducha, poczucia humoru, dystansu. Praca nauczyciela wzmacnia też szacunek do drugiego człowieka. I pokazuje wartość zaangażowania. Nie da się być nauczycielem na pół gwizdka, angażować się, ale tylko trochę. Nie. Trzeba być zaangażowanym w 100 procentach. Ale przecież to jak w życiu: żeby czerpać z niego pełnymi garściami i przeżyć sensownie, musimy każdego dnia znaleźć w sobie pasję, zaangażowanie i ciekawość świata. Praca nauczyciela i kontakt z młodymi wyznaczają mi ścieżkę, którą warto podążać też poza godzinami pracy.

Uczysz się od studentów, ale też uczysz ich. Od czego zaczynasz?

Od zbudowania relacji. Mam poczucie, że moją rolą nie jest tylko nauczanie angielskiego. Chcę pracować ze studentami w taki sposób, aby ćwiczyli komunikację, współpracę, ciekawość i szacunek do różnorodności.

To rola nauczyciela akademickiego?

To przede wszystkim rola nauczycieli szkolnych. Jeśli jednak widzę, że trafiają do mnie młodzi ludzie po 12 latach spędzonych w ławkach, niepotrafiący nawiązać kontaktu wzrokowego, to uznaję, że nie jest za późno, aby pielęgnować w nich wartości, których, być może, zabrakło w ich szkołach. Studenci pierwszego roku to jeszcze bardzo młodzi ludzie, niemal dzieci. Nie jest za późno, żeby przynajmniej starać się nadgonić niektóre sprawy.

Jak w praktyce to budowanie relacji wygląda?

Bardzo zwracam uwagę na to, żeby młodzi ludzie się przedstawili, powiedzieli coś od siebie, podali sobie dłonie, dotknęli się, spojrzeli sobie w oczy. Pierwsze, co robię, to proponuję, abyśmy usiedli w koło, bo w ten sposób możemy na siebie patrzeć. Zdziwiłabyś się, jaki opór to powoduje. Do tego stopnia, że słyszę komentarze: „Czuję się, jakbyśmy byli na grupowej psychoterapii”. Na grupowej psychoterapii? Przecież tak powinno być na wszystkich zajęciach – od szkoły podstawowej!

Skąd w studentach ten opór?

Jeśli młody człowiek jest przyzwyczajony, że całą szkołę siedzi w szkolnej ławce – zazwyczaj z tą samą osobą, w tej samej konfiguracji, nawet w tym samym miejscu w klasie lekcyjnej – patrząc na czyjeś plecy i własnymi plecami odwrócony do rówieśników, to się do tego przyzwyczaił. A jeśli do czegoś przywykliśmy, to czujemy się w tym – przynajmniej pozornie – bezpiecznie. Nie wiemy, że można inaczej. Nie potrafimy. Nie próbowaliśmy.

Gdyby nic z tym nie robić, studenci siedzieliby przez całe studia w tym samym miejscu sali wykładowej, obok tej samej osoby, z którą na samym początku poczuli chemię. Zawsze zachęcam swoich studentów, szczególnie tych pierwszorocznych, żeby spotykali się popołudniami. Tłumaczę, że studia to nie tylko nauka. To też życie społeczne.

Nam nie trzeba było tłumaczyć. I jak tu nie mieć pokusy, by westchnąć: ci młodzi są jacyś dziwni?

To nie oni są dziwni. To szkoła nie nauczyła ich (mówię oczywiście w dużym uproszczeniu, bo nie każda szkoła i nie każdy nauczyciel mają nieczyste sumienie), że nic nie zastąpi patrzenia w oczy drugiemu człowiekowi, zainteresowania nim, dotyku, wspólnego spędzania czasu.

Nas szkoła też tego nie nauczyła. A jednak o tym wiemy.

Tak, ale proszę wziąć pod uwagę, w jak skrajnie odmiennym świecie wychowali się dzisiejsi studenci. Po pierwsze: to są roczniki, które – z powodu pandemii COVID-19 i lockdownu – dużą część liceum przesiedziały w domach, na zdalnym nauczaniu. Po drugie: my nie mieliśmy atrakcyjnej alternatywy dla spotkań z rówieśnikami, wyjścia na podwórko, wspólnego powłóczenia się po zajęciach. A oni od małego mieli smartfony, komputery, gry, komunikatory, portale. Zanurzenie się w świecie wirtualnym jest prostsze niż spotkanie się z drugim człowiekiem na żywo. I to nie o to chodzi, żeby młodzież z tego wirtualnego świata rezygnowała. To byłoby nie tylko niemożliwe, ale również głupie. To jest ich naturalne środowisko, część ich funkcjonowania i narzędzie, które może być bardzo pomocne. Chodzi o to, by znaleźli równowagę. Aby pokazać młodym, że rzeczywistość wirtualna jest świetna, ale potrzebujemy też spotkań z żywym człowiekiem. I tego, między innymi, powinna uczyć szkoła. Teraz tym bardziej. Tymczasem dzisiejsza szkoła nie różni się specjalnie od tej, jaką kończyłaś ty czy ja. Szkoła nie nadąża za współczesnością. To, że studenci nie potrafią patrzeć sobie w oczy, nie jest ich winą. Jest winą szkoły. Międzypokoleniowy dialog byłby sposobem na przeciwdziałanie tej tendencji.

Znów podkreślę: mówię w uproszczeniu, generalizując i być może krzywdząc całą masę świetnych nauczycieli, których spotykam choćby w trakcie prowadzonych przeze mnie szkoleń. To nie jest tak, że w edukacji szkolnej wszystko jest złe. Marzę natomiast, żeby zmiana dotarła do wszystkich szkół, do wszystkich nauczycieli, do wszystkich klas, do każdego ucznia. Marzę, żeby szkoła była dobrym miejscem. Radosnym. Będącym platformą międzypokoleniowego dialogu.

Co masz na myśli?

Mówiłyśmy o tym, że starsze pokolenie czasem nie rozumie młodszego. To działa, niestety, w dwie strony: my nie jesteśmy ciekawi młodych, więc oni nie są ciekawi nas. Każdy żyje w swojej bańce, a przecież – jeśli myślimy o przyszłości świata – musimy ze sobą współpracować, znaleźć porozumienie, wzajemnie się od siebie uczyć i inspirować. Jeśli świat międzypokoleniowo się nie zintegruje, będzie kiepsko.

Żeby to było możliwe, potrzeba miejsc integracji międzypokoleniowych. Gdzie międzypokoleniowy dialog będzie mógł się swobodnie rozwijać. Domy przestały już nimi być, rzadko w jednym gospodarstwie mieszkają dziadkowie, rodzice, dzieci. Natomiast taką naturalną platformą są szkoły. Fajnie, jeśli są w nich organizowane pikniki, dni integracyjne, przedstawienia z okazji święta babci, dziadka, mamy, taty. Myślę, że nauczyciele powinni też inicjować jak najwięcej projektów, które inspirują dzieci do zainteresowania się historią swojej rodziny, krewnych, sąsiadów. Można na przykład szukać w swojej rodzinie bohaterów. Zapewniam, że w każdej się znajdą. Zainteresować się swoim dziedzictwem. Podam przykład. Dużo czasu spędzam na Kaszubach. Bycie Kaszubem przez dłuższy czas było powodem do wstydu. A przecież te dzieciaki powinny z tego czerpać, być dumne, cieszyć się tym.

Nie były dumne, bo inne dzieci się z nich śmiały.

Dlatego szkoły powinny uczyć ciekawości świata, szacunku do innych kultur, zachwytu różnorodnością. Powinny pokazać młodym ludziom, jak czerpać z tego, że się różnimy. I jak prowadzić międzypokoleniowy dialog w oparciu o te różnice. Współpracować mimo tego.